Pierre de Marivaux Aktorzy w dobrej wierze i Próba
Przekład – Jerzy Radziwiłowicz
Reżyseria – Edward Wojtaszek
Premiera w Teatrze Polskim w Warszawie, 10 maja 2025
Te dwie jednoaktówki XVIII-wiecznego, francuskiego dramatopisarza nigdy nie zostałyby zestawione i pokazywane jednego wieczoru, gdyby nie sprzyjający zbieg okoliczności. Traf sprawił, że w Teatrze Narodowym w Warszawie spotkali się przy okazji wystawienia tamże innej sztuki Pierre’a de Marivaux – Fałszywej służącej (granej w Narodowym pt. Umowa) Edward Wojtaszek – reżyser i znawca dramatopisarstwa francuskiego i Jerzy Radziwiłowicz – znakomity aktor, który dał się już wtedy poznać jako wyborny tłumacz sztuk Moliera (Don Juana i Tartuffe’a) i owej Fałszywej służącej, która obu panów zetknęła ze sobą w Narodowym. Radziwiłowicz pochwalił się wtedy Wojtaszkowi, że z rozpędu przełożył dwie jednoaktówki Marivaux – właśnie te, które teraz doczekały się inscenizacji w Teatrze Polskim w Warszawie.
Próbę przełożoną przez innego innego tłumacza incydentalnie wystawiano już w Polsce, natomiast Aktorzy w dobrej wierze są polską prapremierą.
Twórczość dramatopisarska Marivaux jest w Polsce prawie nieznana. Na afisz trafiały głównie w tłumaczeniu Boya Igraszki trafu i miłości, grane też w innym przekładzie pod tytułem Gra miłości i przypadku (zdaniem Radziwiłowicza, ten tytuł drugi lepiej oddaje sens tej sztuki).
W języku ludzi teatru, ale i filologów, zadomowiły się pojęcia mariwodaż i mariwodzić. Mariwodaż (marivaudage) jest synonimem wielosłowia, wręcz pustosłowia. Jednak ta pozorna paplanina w sztukach Marivaux, krążąca wokół uczuć miłosnych, nie jest pozbawiona znaczenia. Była nawet koniecznością.
W odróżnieniu od Moliera, który ukazywał śmieszność rozmaitych charakterów ludzkich, nie wdając się w motywacje postępowania bohaterów – u Marivaux mamy do czynienia z zacięciem psychologicznym. Z braniem pod lupę natury ludzkiej. Ale to nie był jeszcze czas francuskiej powieści psychologicznej, który miał dopiero nadejść. Przed i w czasach Marivaux nikt jeszcze nie poruszał sfery erotyki, nie mówiąc już o seksualności. Prawdziwe uczucia, żądze, a także zamiary odczytywało się jak w łamigłówce z tego; co i jak bohaterowie sztuk mówili.
Jeżeli się o tym nie wie, zarówno Aktorzy w dobrej wierze, jak i Próba mogą się dłużyć. A mając tę wiedzę, wsłuchiwanie się w dialogi może być frapujące.
Obie te jednoaktówki są o manipulacji. I w obu ważną rolę odgrywają pieniądze. Był to nośny w tamtych czasach motyw, który nie stracił na aktualności i dzisiaj. Kto ma pieniądze – jest wyżej postawiony i może decydować o losie innych.
Aktorzy w dobrej wierze dotykają również istoty teatru. To z tej sztuki pochodzi skrzydlate wyrażenie „oni udają, że nie udają”. Natomiast Próba nie ma niczego wspólnego z aktorstwem. To rzecz o wyjątkowo bezczelnej intrydze, wystawiającej na próbę uczucie młodej, zakochanej kobiety. Nieświadomej jeszcze ludzkiej obłudy i podłości.

W Aktorach… realizatorzy postawili na komediowość, na humor sytuacyjny. Akcja rozgrywa się w pięknej, ogrodowej scenerii. Aktorzy noszą XVIII-wieczne kostiumy i peruki, mają mocno upudrowane i uszminkowane twarze.
Próba, czego nietrudno się domyśleć, jest posępnym dramatem, przypominający klimaty ze sztuk Musseta. Do całkowitego podobieństwa brakuje tylko morderstwa. Akcja Próby również toczy się w ogrodzie, ale pogrążonym w ciemności; budzącym niepewność i lęk.

W obsadzie jest dziesięcioro aktorów Teatru Polskiego: Adam Biedrzycki, Dorota Bzdyla, Anna Cieślak, Jakub Kordas, Paweł Krucz, Marta Kurzak, Krzysztof Kwiatkowski, Katarzyna Lis, Irmina Liszkowska, Katarzyna Skarżanka. Sześcioro spośród nich występuje w obu jednoaktówkach.
Wreszcie last but not least – rozbrzmiewająca w przedstawieniu muzyka Tomasza Bajerskiego. Idealnie pasująca do treści, współtworząca nastrój.
Przekład Jerzego Radziwiłowicza zawiera parę wyrazów, które oburzyły purystów językowych. Chodzi o słowa: kurde, palant i fajnie. Każde z nich pada ze sceny tylko po razie. Mnie „zazgrzytało” jedynie to kurde. Pozostałe są równoprawnymi słowami w języku potocznym. I gdyby wgryźć się w kontekst, ich obecność okazałaby się zasadna. Przekłady Radziwiłowicza są cenione właśnie za to, że odzwierciedlają współczesny język, zachowując cechy języka literackiego. Ja staję w obronie „fajnie” i zachęcam do obejrzenia tych jednoaktówek w Teatrze Polskim w Warszawie.