Minari – recenzja
Minari – zioło pochodzące z Japonii, niewymagające specjalnych warunków, wyrośnie wszędzie, gdzie się je posadzi. Liście i łodygi mają lekko cytrynowy aromat i delikatny pieprzowy smak. We wschodniej Azji ma szerokie zastosowanie jako przyprawa, bywa nazywane japońską pietruszką.
Film Minari w reżyserii Lee Isaaca Chunga szedł jak burza, zbierając nominacje do najważniejszych nagród filmowych na świecie. Zostały one zwieńczone m.in. Złotym Globem dla najlepszego filmu zagranicznego; Oscarem, Nagrodą Amerykańskiej Gildii Aktorów i nagrodą BAFTA dla najlepszej aktorki drugoplanowej (dla Youn Yuh-jung) oraz główną nagrodą jury MFF Sundance 2020. Pełna lista nagród dla tego filmu jest niespotykanie długa.

To, co spotyka bohaterów Minari bywa zabawne, ale jest też poruszające i dramatyczne
Minari ukazuje kilka, góra kilkanaście miesięcy z życia koreańsko-amerykańskiej rodziny (2+2+ babcia). Poznajemy ich, gdy rodzice z małoletnimi dziećmi sprowadzają się z Kalifornii na niewielką farmę w Arkansas. Kupili ją za wszystkie oszczędności, ponieważ ojciec rodziny ma aspiracje związane z warzywnictwem, również jako zajęciem dającym satysfakcję. Praca, którą dotychczas zarobkowali z żoną była wręcz ogłupiająca. Babcia dojeżdża trochę później prosto z Korei Południowej. Nie widzieli się kilka lat, bo młodzi wkrótce po ślubie emigrowali do Stanów z nadzieją na swój amerykański sen. Seniorka jest nietuzinkowa. Wyróżnia się i sposobem bycia, i upodobaniami, i podejściem do życia zakorzenionymi w koreańskiej kulturze.
Pisząc scenariusz, Lee Isaac Chung, który sam jest synem emigrantów z Korei Południowej, sięgnął do własnych wspomnień. Przyszły filmowiec wychowywał się właśnie w Arkansas. Choć zastrzega się, że filmowe małżeństwo nie ma nic wspólnego z jego rodzicami i opowiedziana w
Minari historia jest fikcją – to nie wypiera się, że niektóre sytuacje pokazane w filmie zdarzyły się naprawdę, że część postaci drugiego planu ma pierwowzory w realnym życiu, że cytował w dialogach słowa, które zapamiętał z rozmów, czy wręcz kłótni rodziców. Wydarzenie, które jest punktem kulminacyjnym w filmie, w rzeczywistości wywołała jego prawdziwa babka.
Do nakręcenia
Minari dojrzał, gdy zdał sobie sprawę, jak bardzo chciałby opowiedzieć swojej córce, już zasymilowanej Amerykance; skąd pochodzi, ile jego rodzice musieli poświęcić, żeby przybyć do Ameryki, a także, co znaczy dla niego rodzina – jak się wyraził – «z całą złożonością relacji i niewytłumaczalnym urokiem».
Podoba mi się to, że Chung o najważniejszych dla niego wartościach nie mówi wprost. Dosłowność zabija przekaz, wszyscy o tym wiemy. Kunszt tego twórcy polega na tym, że filmowane przez niego zwyczajne, życiowe sytuacje mają drugie dno. I są tak wkomponowane w fabułę, że zapadają w pamięć.
Minari można odbierać jako opowieść o konkretnej rodzinie. Chung obdarzył bohaterów indywidualnymi cechami, dążeniami itp. Problemy, z którymi boryka się ta rodzina, nie są udziałem każdego emigranta. A jednak, przy całej swojej odrębności, jest to historia o uniwersalnym znaczeniu dla nowego pokolenia Amerykanów z koreańskimi korzeniami. A może nie tylko koreańskimi? Świadczyłby o tym deszcz głównie amerykańskich nagród.

Dziecięcy aktor, cudowny Alan S. Kim, otrzymał Critic Choice Awards w kategorii Najlepszy Młody Aktor
Użycie w tytule nazwy rośliny, która nie ma dużych wymagań i wyrośnie wszędzie, gdzie ją posadzi, jest metaforą skłaniającą do zastanowienia się, czy jest ona trafna w odniesieniu do wszystkich emigrantów.
Niezwykły film!
W polskich kinach od 18 czerwca 2021.
Zdjęcia – materiał prasowy dystrybutora/Best Film