Ostatni konsjerż reż. Gastón Solnicki
Obsada: Willem Dafoe, Stéphanie Argerich, Lilly Senn, Lilly Lindner, Camille Clair, Gastón Solnicki.
Konsjerż – ładne słowo, przyciąga uwagę, ale chyba wymaga wyjaśnienia? W każdym razie nie jest w powszechnym użyciu. W dosłownym tłumaczeniu z francuskiego oznacza dozorcę i portiera. We współczesnych luksusowych hotelach – to osoba, której zadaniem jest zaspokajanie potrzeb gości. I w tym znaczeniu zostało ono użyte w odniesieniu do tytułowego bohatera, granego przez Willema Dafoe.
Są aktorzy, i do nich należy Dafoe, którzy mogą grać nawet w słabszym filmie, a my się nie nudzimy, bo ewentualne niedostatki fabuły, czy tzw. roboty reżyserskiej rekompensuje w pełni charyzma aktora. Samo patrzenie na niego; jak się zachowuje, jak chodzi, jak mówi itd. jest przyjemnością samą w sobie.

W znaczeniu metaforycznym jest to opowieść o przemijaniu i potrzebie bycia użytecznym oraz o gotowości do rozpoczęcia nowego etapu w życiu. A także o tym (może nawet najbardziej o tym) co się dzieje z człowiekiem, który nie jest gotów na zmiany, czy wręcz ich nie chce. I ten aspekt Ostatniego konsjerża wciąga!


Niezależnie od wartości czysto filmowych, Ostatni konsjerż ma też inne walory. Z tym, że mogą one mieć wagę tylko dla niektórych widzów. Dla miłośników Wiednia, bo to miasto jest obecne na ekranie oraz dla… melomanów. Jedną z ról kobiecych gra córka uwielbianej na całym świecie argentyńskiej pianistki Marthy Argerich.
Krótka dygresja; Stéphanie Argerich zrealizowała przed laty o matce bardzo osobisty dokument Bloody daughter (2012), który miał polską premierę (pod polskim tytułem Wszystko o mojej matce) na festiwalu Chopin i jego Europa.
Jest jeszcze ciekawostka innej natury. Reżyser Ostatniego konsjerża – Gastón Solnicki jest synem emigrantów żydowskich do Argentyny. Mieszka na stałe w Argentynie. Siebie też obsadził w tym filmie. W niedużej, ale znaczącej roli. Zagrał nowego właściciela hotelu, który przybył z Argentyny robić interesy w Europie.
Ale przede wszystkim warto ten film zobaczyć dla Willema Dafoe. Jego wielbicieli chyba nie trzeba specjalnie zachęcać?