Pojedynek na głosy (tytuł oryginału Military Wives) wyreżyserował Peter Cattaneo – twórca komediowego hitu sprzed lat, wyświetlanego w Polsce pod tytułem Goło i wesoło. Pojedynek na głosy został sklasyfikowany jako komediodramat. Mimo że Cattaneo wielokrotnie uciekał się do konwencji komediowej, dla mnie to bardziej dramat niż komedia. Parę razy się popłakałam, bynajmniej nie ze śmiechu.
Fabuła Pojedynku na głosy osnuta jest wokół prawdziwej historii, która zdarzyła się współcześnie na Wyspach Brytyjskich, w środowisku kobiet, których mężowie walczyli na wojnie w Afganistanie. Bohaterki poznajemy w momencie wyjazdu żołnierzy. Wątek zawiązuje się, gdy kobiety zamieszkujące na terenie bazy wojskowej mają się czymś wspólnie zająć – żeby nie myśleć o niebezpieczeństwie grożącym mężom. Drogą eliminacji, bez specjalnego entuzjazmu, decydują się stworzyć amatorski chór. Prowadzą go dwie dojrzałe kobiety różniące się temperamentami i rywalizujące ze sobą o zdobycie autorytetu i sympatii wśród młodych w większości chórzystek. Role konkurentek grają Kristin Scott Thomas (partnerka Roberta Redforda w Zaklinaczu koni) i Sharon Horgan – irlandzka aktorka, pisarka i producentka.
Dzięki bardzo dobremu scenariuszowi Pojedynek na głosy ogląda się z rosnącym zaciekawieniem. Warto zapamiętać nazwiska scenarzystek – Rosanne Flynn i Rachel Tunnard. Pojedynek … to przykład perfekcyjnego zastosowania reguł scenariopisarstwa. Przeszkody piętrzą się przed bohaterkami w idealnym rytmie, a „kawaleria nadjeżdża” w odpowiednim momencie. (Wyrażenie „kawaleria nadjeżdża” oznacza zaskakujący zwrot akcji, który całkowicie zmienia bieg wydarzeń. Określenie pochodzi od sceny z Dyliżansu Johna Forda, uznanego za ideał scenariusza).
Ze względu na moje zainteresowania muzyczne, dużą przyjemność sprawiły mi sekwencje kręcone przed i w środku Royal Albert Hall. Mimo że co roku słucham transmisji radiowej z odbywającego się tam finału londyńskich promsów, nie interesowałam się, jak ta budowla wygląda. Wiedziałam, że jest wielka i owalna, ale nie spodziewałam się, że przypomina Halę Stulecia we Wrocławiu.
Z napisów końcowych dowiadujemy się, że po występie chóru będącego pierwowzorem filmowego na Festiwalu Pamięci odbywającym się w Royal Albert Hall, powstały dziesiątki chórów żon żołnierzy. Informacja ta jest też podana językiem stricte filmowym, dając jeszcze mocniejszy wydźwięk. I na ekranie, i w życiu mógłby to być happy end, gdyby nie fakt, że mężowie chórzystek dalej przebywali na froncie. W Wielkiej Brytanii mówi się o tych kobietach, że «poślubiły wojnę».
Pojedynek na głosy ukazuje współczesną wojnę z perspektywy powszechnie nieznanej. Warto zobaczyć, zwłaszcza, że to dobre kino.
Fot. materiały prasowe dystrybutora/Best Filmu