Ślepy tor. Do trzech razy sztuka. Prapremiera 14 października 2023 w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej.
Pomysł tej opery wyszedł od kompozytora Krzysztofa Meyera. Jego założenie było takie, żeby składała się ona z trzech aktów, z których każdy będzie innym wariantem tej samej historii. Przy czym dwa pierwsze akty miały być groteskami z happy endem, a ostatni serio i kończyć się tragicznie. O napisanie libretta poprosił Antoniego Liberę, zostawiając mu wolną rękę w wymyśleniu historii, która zostanie przedstawiona trzykrotnie w trzech różnych wersjach.
Zarzewie intrygi jest w każdej historii takie samo. Opóźnienie pociągu lokalnego uniemożliwi przesiadkę w stolicy. Podróżni domagają się od zawiadowcy zatrzymania na stacji ekspresu, żeby mogli tutaj do niego wsiąść i dojechać do celu na czas. Zawiadowca odmawia, bo to naruszałoby prawo. W pierwszym i w drugim akcie do zatrzymania ekspresu jednak dochodzi za sprawą niedoszłego samobójcy. W trzecim terroryści doprowadzają do tego, że pod kołami pociągu giną i samobójca, i zawiadowca.
Postacie i sytuacje występujące we wszystkich aktach Ślepego toru przywodzą na myśl to, co dzieje się aktualnie w Polsce i na świecie. Analogie same się nasuwają.
Ciekawym posunięciem było powierzenie reżyserii Markowi Weissowi, który w przeciwieństwie do Antoniego Libery jest euroentuzjastą. Tym bardziej, że reżysera wskazał właśnie Libera. Marek Weiss wprowadził parę zmian. Pewne kwestie wykreślił, dodał scenę, której Antoni Libera nie napisał i wprowadził postać, której nie ma w libretcie – siedzącą w milczeniu na torowisku przez całe przedstawienie tajemniczą kobietę. W obsadzie została ona nazwana Oczekującą. W finale trzeciego aktu okazuje się, że czekała na śmierć głównych bohaterów. Może ona też symbolizować śmierć, do której każdy z nas zbliża się od urodzenia. Reżyserowi zawdzięczamy także zmianę tytułu na metaforyczny Ślepy tor; w oryginale tytuł brzmiał Człowiek na torze.
Oprócz Krzysztofa Szumańskiego i Stanisława Kuflyuka, odtwarzających bez zarzutu Zawiadowcę i Samobójcę, pozostałych dziesięcioro solistów gra po trzy postacie, w każdym akcie wcielając się w kogoś zupełnie innego. Chociaż kluczowe dla dramaturgii i wydźwięku Ślepego toru są role Zawiadowcy i Samobójcy, to aktorsko bryluje Robert Gierlach. Jest kolejno profesorem «promotorem postępu», generałem zakonu i przywódcą terrorystów. Stworzył wyraziste postacie; dwie pierwsze w konwencji buffa, ostatnią, bardzo udanie, zagrał realistycznie.
Przedstawienie kończy się epilogiem, w którym wykonawcy wcielają się w śpiewaków występujących w Ślepym torze. Śpiewacy z libretta po zakończonym spektaklu, rozcharakteryzowując się w garderobie, rozmawiają o nim. Groza diagnozy, mówiącej że Europa zmierza do samozagłady, którą przed chwilą przekazali, spłynęła po nich jak woda po kaczce. Rozprawiają o tym, jak dziś zagrali i czy podobali się publiczności. I to jest dopiero przerażające!
Ciekawie byłoby zobaczyć następną inscenizację; jak inny zespół realizatorów zinterpretuje Ślepy tor. Temat jest na czasie.