Gordon McIntyre, David Greig Szaleństwo nocy letniej (Midsummer. A Play with Song)
Przekład – Elżbieta Woźniak
Teksty piosenek: Tomasz Dutkiewicz, Elżbieta Woźniak
Reżyseria – Ewa Konstancja Bułhak
Obsada: Natalia Stachyra, Mateusz Król
Premiera na Scenie w Baraku Teatru Współczesnego w Warszawie 4 czerwca 2025.
Nowi dyrektorzy Teatru Współczesnego w Warszawie – Wojciech Malajkat i Marcin Hycnar – na premierę wieńczącą pierwszy sezon ich dyrektorowania (tak samo jak w poprzednich trzech razach) wybrali sztukę zagraniczną. Jej tytuł może nasuwać na myśl Szekspira, ale to zły trop. Szaleństwo nocy letniej jest współczesną sztuką szkockiej spółki autorskiej David Greig – dramatopisarz i Gordon McIntyre – kompozytor. Jej prapremiera odbyła się w Edynburgu w 2008 roku. Cztery lata później Greig otrzymał za nią nagrodę Carol Tambor Best of Edinburgh Award, przyznawaną corocznie na Fringe’u (edynburskim Festiwalu Teatrów Ulicznych).

Bohaterowie, On i Ona, są trzydziestolatkami. Wcielający się w nich aktorzy to ich rówieśnicy. A historia jest obyczajowa. Opowiada, ogólnie rzecz ujmując, o samotności z wyboru, pociągającej za sobą lęk przed tworzeniem trwałego związku, mimo potrzeby bliskości z drugim człowiekiem.
Inscenizację we Współczesnym charakteryzuje prędkie granie. Aktorzy szybko podają tekst, energicznie tańczą, pośpiesznie się obejmują. Patrzenie, jak rusza się w tańcu Natalia Stachyra jest przyjemnością samą w sobie. W jej wypadku nie mogłoby być inaczej. Natalia jest absolwentką Aktorstwa Teatru Muzycznego w warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza.
Mateusz Król sam gra na gitarze klasycznej, ale jest też zza kurtyny wspierany przez Macieja Papalskiego, grającego na przemian na akustycznej i elektrycznej. Piosenki są w tym przedstawieniu bardzo ważne.
Ciekawym zabiegiem dramaturgicznym jest kilkakrotne w trakcie przedstawienia powtarzanie tego samego krótkiego dialogu. Odniosłam wrażenie, że przydawanie znaczenia tym powtórkom zależy od widza. Mogą być odbierane jako czysto inscenizacyjne, ale mogą oznaczać coś więcej.
To, co mi się zdecydowanie nie podoba – i nie wiem, czy należy za to winić tłumaczkę, czy reżyserkę, czy może aktorów – to epatowanie wulgaryzmami. Większości z nas zdarza się używać tzw. brzydkich słów i nikt nie robi z tego ceregieli. Również w literaturze, posłużenie się nimi w odpowiednim kontekście, nabiera stosownej mocy, ale w funkcji przecinka czy kropki dla mnie są nie do przyjęcia. Być może padają tak gęsto ze sceny pod publiczkę, bo widzom to się podoba; reagują śmiechem. Przynajmniej tak było na przedstawieniu, które widziałam.